Śnieg zasypał ziemię. Biel przykryła wszystko, co znane i oczywiste. Idzie się trudno, bo śnieg mieli się pod nogami. Jest ślisko, każdy krok wymaga uwagi. Gdy trzeba gdzieś pojechać samochodem, najpierw trzeba go odkopać spod grubej warstwy śniegu i lodu. Koła ślizgają się, mają trudność, by ruszyć z miejsca. Zaparkować też nie jest łatwo. Zima stawia opór.
A jednak – wychodzę z domu. Idę. Jadę. Bo chcę zdążyć na codzienną Mszę świętą.
Wbrew przeciwnościom; wbrew wygodzie; wbrew temu głosowi, który podpowiada, że dziś można by zostać w domu. Idę, bo wiem, że tam, w naszej małej kaplicy Świętej Rodziny czeka mój Bóg. On jest tam zawsze. Niezależnie od pogody, zmęczenia, trudnych dróg i śliskich chodników.
Ten wysiłek – może niewielki, a jednak wymagający – ma w sobie coś oczyszczającego. Bo gdy idę w trudzie, gdy droga nie jest prosta, zaczynam inaczej patrzeć. Na siebie. Na innych. Na to, co naprawdę ważne.
Zauważam wtedy ludzi, którzy – tak jak ja – zmierzają w tym samym kierunku. Ostrożne kroki, krótkie spojrzenia, czasem uśmiech, czasem pomocna dłoń. I dzieje się coś jeszcze. W tym wspólnym trudzie, w tym zmaganiu z zimą, otwiera się serce.
Czasem właśnie wtedy rodzi się pojednanie. Czasem znika dystans wobec kogoś, z kim dotąd było „nie po drodze”. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, jedno „uważaj”, jeden gest życzliwości, by pękł mur, który długo wydawał się nie do ruszenia.
Może dlatego te trudne drogi prowadzą mnie nie tylko do kaplicy, ale też do drugiego człowieka. Bo tam, gdzie jest wysiłek, rodzi się wrażliwość. A tam, gdzie jest Bóg, łatwiej o dobro.
Śnieg zasypał ziemię. Droga jest trudna. Ale warto iść. Bo na końcu tej drogi czeka Ktoś, dla kogo każda droga – nawet ta najtrudniejsza – ma sens.
Emilia